poniedziałek, 7 marca 2016

Cheeshire Cake czyli Sernik z Krainy Czarów

Czasami mam ochotę coś sobie zrobić i myślę, że fajnie byłoby to wrzucić na bloga... Ale do czego to "podpiąć"? I tak marudzę sobie na głos a z pomocą przychodzi Nerd :) Tym razem miałam smaka na sernik. Kocham serniki, ubóstwiam, w gruncie rzeczy mogło by dla mnie nie istnieć żadne inne ciasto (no nie, przesadzam - karpatka i napoleonka <3). Pomyślałam o cudnym serniku który jadłam w pewnej kawiarni we Wrocławiu i chciałam zrobić coś takiego... albo podobnego... i pomyślałam o New York Cheesecake. Mój standardowy sernik jest brązowiutki, puchaty, za to te nowojorskie intrygowały mnie swoją bladością i brakiem spieczonego spodu. Pogmerałam, ogarnęłam. 
Oto przed Państwem szalona wersja sernika nowojorskiego:

CHEESHIRE CAKE




Wyjmij wcześniej wszystkie składniki z lodówki. Muszą być w temperaturze pokojowej!

Piekarnik nastaw na na 150 stopni - góra-dół. Na sam dół włóż jakież żaroodporne naczynie wypełnione wodą. Sernik będziemy piec w kąpieli wodnej.

Opcjonalnie, jeśli chcesz pobawić się kolorami jak ja, potrzebne Ci będą barwniki spożywcze:
- czarny
- turkusowy ALBO zielony i niebieski

Ciasto:
- 200g herbatników
- rozpuszczone pół kostki masła

Każdy, kto kiedykolwiek czytał przepisy na serniki, na pewno już wie co robić. Masełko rozpuść, herbatniki zmiel na piasek (można w worku przywalić im wałkiem, młotkiem albo butelką - też działa ;) ) Jeśli chcesz to dodaj czarnego barwnika. Tyle by uzyskać jak najciemniejszy kolor. Ciasto pod wpływem ciepła sciemnieje, więc nie martw się jeśli nie uda ci się uzyskać superczerni. Bo się nie uda. Wymieszaj masło z ciasteczkami i wyłóż tą masą tortownicę wcześniej posmarowaną masłem, kształtując też brzegi.

Masa serowa:
- 800g serka Twój smak (albo Philadelphia jeśli Cię stać, albo jakikolwiek serek oznakowany Creamy Cheese)
- śmietana 18%, 180g (małe opakowanie)
- 3 łyżki mąki kukurydzianej
- 3 jajka
- 170g cukru

Uwaga. Serki typu Philadelfia zawierają sól. Ciekawym jest że w większości przepisów amerykańskich używają tego serka. I teraz nasuwa się pytanie. Czy amerykańska wersja nie jest solona i tylko u nas dosolili pod gusta polaków? Pomijając tę kwestię - ja uwielbiam połączenie smaków słono-słodkich. No i ten sernik miał być szalony niczym Kapelusznik. Więc jeśli się nie lękasz, bierz Twój Smak - jest tani i ma praktycznie tyle samo soli co Philadelphia. Jeśli jednak wolisz nie ryzykować, po prostu znajdź taki serek kanapkowy który soli nie zawiera. 

Serek utrzyj z cukrem na gładką masę. Dodaj resztę składników i od tego momentu mieszaj delikatnie, aby się wszystko połączyło ale nie napowietrzyło. Bo wtedy sernik nie będzie równy. 
Jeśli chcesz kolorować masę, podziel ją na dwie równe części. Do jednej dodawaj po trochu czarnego barwnika, aż do uzyskania jasno szarego koloru, a do drugiej barwnika turkusowego. Jeśli nie masz turkusowego to możesz zmieszać na talerzyku niebieski i zielony, ja tak zrobiłam, i też uzyskasz dobry efekt. 

Do miseczek odłóż po ok. 4 łyżki obydwu kolorów, potrzebne będą na oczy i usta. Do szarego dodaj czarnego barwnika, żeby mieć czarny. Do obydwu kolorów dodaj mąki kukurydzianej, tak po łyżeczce mniej więcej, żeby masa zgęstniała.

Wracając do głównego ciasta: Możesz zlać jeden kolor masy do drugiego i bardzo delikatnie wymieszać, żeby powstały ci esy floresy, ale żeby kolory się całkowicie ze sobą nie zmieszały. Albo możesz wylewać po warstwie na ciasteczkowy spód, żeby uzyskać paski kota. Ja coś kombinowałam ale nie wyszło do końca, więc mam tylko dwie warstwy :)


Sernik włóż do piekarnika na 1 godzinę i 15 minut.
Po tym czasie wyjmij sernik i podkręć temperaturę na 180 stopni.

Polewa:
- Duża śmietana 18%
- 3-4 łyżki cukru pudru

Śmietanę zmiksuj z cukrem. W wersji kolorowej dodaj czarny barwnik. Chcemy, żeby w ciemności zawisł nam sam koci uśmiech. Wylej polewę na sernik i włóż ciasto do piekarnika na 5 minut.  Po tym czasie uchyl piekarnik i daj sernikowi spokojnie w środku ostygnąć.

Ozdoby:
- płatki migdałów
- odłożona masa serowa zagęszczona mąką kukurydzianą
- wydruk kociego uśmiechu
- papier do pieczenia, biały półprzezroczysty
- rękaw cukierniczy, albo woreczek z dziurką przez którą można nałożyć krem.

Rzecz tyle prosta co skomplikowana. Wydrukuj oczy i uśmiech kota takiej wielkości, żeby ładnie mieściło się to na cieście. Połóż na nim papier pieczeniowy i posmaruj go masłem. Do rękawa cukierniczego najpierw daj czarną masę. Zrób obwódkę oczu, źrenice oraz cały uśmiechu wraz z wypełnieniem. Ważne, żeby zostało ci trochę kremu.


Następnie kremem turkusowym wypełnij oczy. Na ustach za to poukładaj migdały tak, żeby tworzyły zęby. Następnie resztką czarnego kremu zrób dodatkową obwódkę na ustach tak, żeby zęby spod niej wystawały, inaczej będą po prostu leżeć na czarnej plamie i nie będzie to wyglądać jak usta :)

A teraz magia. Rozgrzej patelnię i przełóż na nią papier na którym masz uśmiech. Podgrzewaj na najmniejszym możliwym ogniu. Powolutku, spokojnie. Masa się zetnie. U mnie trwało to chyba ok. 15 minut, nie liczyłam. Zdejmij z patelni papier, delikatnie cienkim i ostrym nożem podważ ciasto. Jeśli nie kruszy się i jest sztywne, to  znaczy że gotowe. Jeśli coś jest nie tak, zostaw jeszcze trochę na patelni. Od spodu może się nawet trochę przypiec, nieważne, i tak tego nie będzie widać. 
Jeśli masz za małą patelnie to oczywiście osobno zrób uśmiech i osobno oczy. 



Usmażone ozdoby delikatnie ułóż na serniku. Ciasto musi się chłodzić w lodówce przez minimum 12 godzin. Najlepiej zostaw na noc. 





sobota, 20 lutego 2016

Pieczony kurczak z Mrocznego Cyrku



Bardzo lubię gry Artifex Mundi. Point&Click są dla mnie niesamowicie odprężające. A jeżeli ich klimat jest mroczny i magiczny to jeszcze lepiej. A tak właśnie jest z grami od Artifexa. Jakiś czas temu grałam w Mroczne Arcana - Carnival, po raz drugi zresztą. Jest tam jedno ciekawe, smakowite zadanie - pieczenie kurczaka. Zdałam sobie wtedy sprawę, że strasznie dawno nie jadłam takiego kurczaka. W ogóle mam wrażenie, że pieczony kurczak jest trochę niedoceniany. A nie ma z nim za dużo roboty, i na dobrą sprawę, na naszą dwójkę obiad jest na 2 dni ( ja jem tylko cycuchy i mogę poobgryzać skrzydełka, więc Nerdowi zostają nóżki).
Nie jest to żadne fancy-schmancy arcydzieło, ale może kogoś natchnie ów post na weekendowy obiad, jak mnie natchnęła gra :)



Składniki:
- kurczak ok. 1,7 kg
- masło
- czosnek
- natka pietruszki
- 1 cytryna
- rozmaryn, estragon, ostra papryka
- olej



Kurczaka porządnie umyj. Do środka wciśnij kilka ząbków czosnku (u mnie trzy), cytrynę przekrojoną w ćwiartki i natkę pietruszki. W kieszonki na piersiach, pod skórą, wciskamy po kawałku masła, ząbku czosnku na każdego cycka, i natkę pietruszki. Masełko wsiąknie w piersi i będą mięciutkie i delikatne. 


W miseczce mieszamy oliwę, paprykę, tymianek i estragon, w dowolnych ilościach, co kto lubi. Nacieramy tym kuraka ze wszystkich stron. 


Piekarnik nagrzej do 190-200 stopni. Na sam dół piekarnika włóż jakąś żaroodporną miseczkę z wodą. Para będzie nawilżać mięso i sprawi, że nie wyschnie na wiór. Włóż kuraka cycem do góry. Niestety u mnie okazało się, że piekarnik nie posiada opcji grzania tylko od góry, więc byłam skazana na ustawienie góra-dół.


Mnie nie zależało na przypieczeniu kuraka też od tyłu, więc godzinę przeleżał na pleckach.  


Jeśli chcesz podać kurczaka z pieczonymi różnościami, to po godzinie jest właściwy moment na włożenie ich do piekarnika. Miskę z woda można już wyjąć i włożyć blaszkę z warzywami na jej miejsce - u mnie były to ziemniaki oraz cukinia posmarowane olejem z solą i dużą ilością majeranku - dla mnie najlepsze :).


Przez to ostatnie pół godziny, co 10 minut podlewaj kurczaka płynami które z niego wyleciały, dzięki temu skórka będzie przyjemnie chrupiąca.

SMACZNEGO! Omnomnomnom!






środa, 17 lutego 2016

Naruto Ramen czyli eksperymenty z umami



tl;dr - jeśli nie chcesz dużo czytać, przejdź do punktu "PODSUMOWANIE"

Jest sobie takie Anime. Nazywa się Naruto. Próbowałam nawet obejrzeć, ale pierwszy odcinek tak mnie wynudził, że zrezygnowałam. Ale nawet nie będąc fanką wiem jedno. Główny bohater kochał RAMEN. 



Nie wiem czy to się jakoś ze sobą wiąże czy nie, ale naruto, bądź narutomaki to japońskie surimi które widujemy w kreskówkach. To takie białe coś z różowym ślimaczkiem w środku. jak niżej. Znaczy... to po prostu takie fancy surimi. Niestety nie znalazłam w swoich Kuchniach Świata tego bajeru... mieli aktualnie awarię lodówek :( Ale Pani przy kasie kojarzyła o co mi chodzi, więc pewnie możecie tam owo surimi znaleźć. 


zdjęcie z googla


Wygląda to tak. Z jednej strony chciałabym powiedzieć, że jestem fanką kuchni japońskiej, z drugiej strony można trafić na takie smaki, że człowieka wykręca. 
Przytoczę tu chociażby moją historię z kimchi.  Kiedyś w Kuchniach Świata trafiłam na jakieś gotowe zupki z fajnym makaronem. Były o smaku owoców morza i kimchi. Nie wiedziałam wtedy co to kimchi, ale miało w założeniu być lepsze od zupki o smaku owoców morza, która znając życie waliłaby brudnym akwarium. Zadowolona w domu zalewam nowy nabytek.... i teraz przytoczę słowa szwagra (za przeproszeniem): JEBIE TROLLEM! I miał absolutną rację. Z trudem zjadłam trochę makaronu bo miał fantastyczną konsystencję, ale zupka poszła do śmieci. Od tego czasu prześladował mnie ten zapach i na samo słowo "kimchi" dostawałam dreszczy obrzydzenia. Ale tydzień temu w moje urodziny poszliśmy na sushi. I tak patrzę w to menu... widzę kimchi... no dobra, raz kozie śmierć. Spróbujemy i sprawdzimy jak się miała zupka do rzeczywistości...Okazało się, że nie jest AŻ tak źle, ale nadal żle. Kwasno-ostro-śmierdząca kapusta.
Kocham np. gyoza, sushi, tonkatsu, dango, omlet tamago, wonton, edamame, onigirazu, tempure, panko, makarony... . Za to jakoś nie podchodzą mi rzeczy oparte na glonach, śmierdzące i smakujące akwarium. No nie. Koniec kropka, nie zjem. Choć lubię małże, krewetki i inne takie. Wodorosty są dla mnie nie do przejścia.  
Do czego zmierzam. Chciałabym tu zaznaczyć, że to co napiszę, będzie bardzo, bardzo moje takie. Że jeśli wiecie, że lubicie dany smak, to mimo, że ja piszę, iż coś jest okropne, wam może to smakować. Na przykład moja przyjaciółka wsunęła całe moje kimchi i zawsze zamawia zupę z owoców morza, cuchnącą akwarium. Różne są zatem gusta.

Czym właściwie jest ramen?
To chyba najpopularniejsze danie w Japonii, jedzone przy każdej możliwej okazji. Aromatyczny wywar, z kupą klusek i tzw. toppingami, czyli ułożonymi na górze różnymi smakowitościami. Swoją nazwę danie wzięło od rodzaju makaronu, którego nazwa to właśnie Ramen. Wyróżnia się kilka głównych odmian ramenu jak:
  • miso-ramen - z dodatkiem pastty miso (pasta ze sfermentowanej soi)
  • tonkotsu-ramen - wywar z kości wieprzowych, bardzo długo gotowany, ponoć najsmaczniejszy.
  • shio-ramen - odtłuszczony bulion na bazie wieprzowiny lub kurczaka, mocno słony
  • shōyu-ramen - rosół z kurczaka doprawiony mocno sosem sojowym, często z dodatkiem chilli




Ale! Podobno co dzielnica to inny ramen. Jest go tyle odmian ile pomysłów na tę zupę może się zrodzić w ludzkiej wyobraźni. Więc na dobra sprawę nasz rosół z kury też można nazwać ramenem :P. Choć z rzeczy które udało mi się wyczytać wynika, że nie powinno się używać do ramenu mięsa wołowego ponieważ jego smak jest zbyt przytłaczający dla takiej zupy.

Przy okazji zmierzenia się z ramenem postanowiłam poeksperymentować. A eksperymentować będziemy z umami. Umami Jest to piąty smak. U nas kojarzony negatywnie z glutaminianem sodu, wzmacniaczem smaku. Nerd mówi na to smak mięsny. Mi po owym eksperymencie ciężko stwierdzić co to za smak. Umami odkryto podobno dzięki wodorostom Kombu. Żródłem tego smaku są też bonito - cieniutkie płatki suszonego tuńczyka pasiastego, grzyby shiitake oraz suszone sardele. Służą one do wyrobu Dashi. Czyli, jak głosi plotka, podstawy wszystkich zup japońskich. 
Kupiłam trzy z wymienionych rzeczy. Z każdej zrobiłam osobny wywar, by przekonać się jak to właściwie smakuje.


Jedziemy od góry zdjęcia
  • Kombu

Wieczór wcześniej wilgotną szmatką obtarłam kombu. Co ciekawe wszędzie piszą, żeby nie myć, wytrzeć mokrą szmatką, ale nie usuwać białego osadu, bo to w nim jest zawarte umami. Problem jest taki, że nie da się go nie usunąć... jest wszędzie... chyba że chodzi o coś o co nie wiem że chodzi. No nic. Przemyłam, w rondelku zalałam przefiltrowaną wodą i odstawiłam na balkon. Na następny dzień, spróbowaliśmy wywaru. Przede wszystkim zapach jaki wydziela woda dla mnie jest strasznie nieprzyjemny. Trochę taki morski, takie akwarium właśnie... ale w dużym stopniu jak ciężki do opisania zapach. Mnie w każdym razie odrzuca. W smaku... no właśnie tak jak z zapachem. Troche morsko-akwariowo, trochę jakoś dziwnie. Nerd skwitował - smakuje jak woda z kibla (nie, żeby kiedykolwiek takową pił, wiecie jak to jest, różne zapachy przywodzą nam na myśl smaki z nimi związane)

  • Bonito

Juz czując zapach przez pudełko wiedziałam, ze to będzie moja osobista katastrofa zapachowo-smakowa. Kiedyś w sklepie z piwami kupiłam z ciekawości snaki z suszonej ryby. Śmierdziało to strasznie i tak też smakowało. Dokładnie jak bonito. Wibrujący wręcz zapach ryby, który wdziera się do nozdrzy, wciska w przełyk i masz wrażenie że już na zawsze zadomowi sie w twoim organizmie i nigdy go nie spłuczesz. Otworzyłam pudełko, wrzuciłam na wrzątek i kazałam Nerdowi od razu wylać to do toalety. Bo albo one albo zawartość mojego żołądka. A później one.

  • Shitake

Wieczór wcześniej zalałam sześć grzybków przefiltrowaną wodą w miseczce i zostawiłam do nasiąknięcia. Ten wywar mi odpowiada. Jest grzybowy ale nie jakoś bardzo mocno. W pewien perwersyjny sposób przyjemny. Tak - na shitake mogę się zgodzić. Choć same grzyby nie odpowiadają mi smakiem i konsystencją, jak zresztą większość znanych mi grzybów (lubię głównie kurki, boczniaki i pieczarki) wywar z nich jest w porządku.



Po tych traumatycznych z leksza przeżyciach, możemy przystąpić do robienia ramen. A potrzebne nam bedą:


Rosół, u mnie wieprzowy:
- 1kg łopatki wieprzowej
- 2,5 litra wody
- cebulki z dwóch pęczków szczypiorku + niecały pęczek szczypioru
- 3 marchewki
- ciemna część pora
- pół selera

Dopalacze smakowe na 1 litr rosołu (możecie zmieniać proporcje wg uznania, np. dawać po kawałku i próbować)
- świeży imbir, kawałek ok. 3x3cm
- 2 łyżki mirinu
- 2-4 łyżki sosu sojowego
- 1 łyżeczka oleju sezamowego
- 1 łyżeczka octu ryżowego
- 2-3 ząbki czosnku

Toppingi w miom przypadku
Ajitsuke Tamago (jajko do ramenu, o nim za chwilę)
- łopatka ala Char siu (takie BBQ chińskie)
- szczypiorek
- bambus 
- paseczki cukinii (przejechać z wierzchu obieraczką ;) )




Wieczór wcześniej
  • Do miski wsypałam 3 łyżki soli, zalałam wodą, wymieszałam, i włożyłam łopatkę. Wody tyle, żeby przykryło porządnie mięso. Dzięki solance mięso skruszeje i nie trzeba rosołu w ogóle dosalać. To był taki mój eksperyment i jestem zachwycona rezultatem. Przy okazji muszę tak zrobić z kurą na rosół.

  • Jajka gotujemy na pół miękko. Ja ostatnio coś jestem straszna noga w kwestii gotowania jajek i mam swojego najlepszego przyjaciela:


  • W pojemniku/woreczku/miseczce mieszamy 4 łyżki sosu sojowego, 2 mirinu, trochę porwanego szczypiorku (resztka z tego jednego pęczka który będzie do wywaru) i wody. Mieszamy, wkładamy jajka, i ewentualnie dolewamy wody, żeby mikstura jajka przykryła. 




  • Jeśli chcecie używać dashi to grzybki i kombu też zalejcie wodą w jakichś miskach czy garnkach. Na następny dzień będzie z tego wywar.

Dzień przygotowania.


Łopatkę zalałam 2,5 litra wody. Dodałam warzywa. Doprowadziłam niemal do wrzenia i postawiłam na najmniejszy możliwy skręcony ogień. I tak sobie pyrkało toto 4 godziny. Pewnie zostawiłabym na dłużej, ale byliśmy już głodni ;)


Z powstałego wywaru odlałam ok 700ml na ramen. Dodałam około 150ml wywaru z grzybów shiitake i chochelkę wywaru z kombu. Tak dla picu właściwie. Żeby było to przeklęte dashi. Możecie spokojnie odlać sobie samego wywaru. Wyszło mi, że na 2 porcje wystarczy około 800ml płynu. 
Do bulionu dodałam wszytkie dopalacze smakowe i gotowałam kilkanaście minut. W tym czasie pokroiłam rzeczy na topping, i przygotowałam mięso.

W miseczce zmieszałam:
- 1 łyżkę keczupu
- 1 łyżkę miodu
- 1 łyżkę sosu sojowego
- 1 ząbek czosnku
- kawałek startego imbiru
Tą mieszanką nasmarowałam pokrojoną w plastry łopatkę, i odstawiłam na jaki 15 minut. Następnie przysmażyłam na patelni do zarumienienia - jak na zdjęciu. Przepyyyyyyyszna!

Kiedy już wszytko miałam gotowe oprócz makaronu, odcedziłam wywar na ramen przez sitko na którym położyłam ręcznik papierowy. Wywar powinien być czyściutki bez żadnych śmieciorów. Zostawiamy na gazie, żeby był ciągle gorący.

Niestety nie znalazłam w Kuchniach Świata makaronu ramen. Zadowoliliśmy się więc Chow Main. Z tego co wyczytałam makaron ramen wyróżnia się zasadowością, ma jakąś tajemnicza moc wchłaniania smaku wywaru. Podobno efekt taki można uzyskać gotując inny makaron z sodą oczyszczoną. Zatem do gotującego się gara wsypałam dwie łyżeczki sody i tak ugotowałam makaron. (Nigdy nie byłam fanką chow main... ale chyba coś jest na rzeczy z tą sodą bo faktycznie makaron cały smakował cudownie wywarem ramenowym.) Ugotowany makaron wrzuciłam do miseczek i od razu zalałam gorącym wywarem, żeby mógł przejść jego smakiem. Pozostało ułożyć na górze wszystkie dodatki. Smacznego!




PODSUMOWANIE

  • robimy rosół kurczakowy, wieprzowy, bądź mieszaninę tych dwóch
  • gotujemy z sosem sojowym, czosnkiem, imbirem, opcjonalnie mirinem/sake, olejem sezamowym, octem ryżowym
  • makaron gotujemy z sodą oczyszczoną
  • wrzucamy na górę co nam się podoba
  • TADAM!



Nerdowi smakowało :)
Zapraszam tez na moją stronę na facebooku

niedziela, 31 stycznia 2016

Chowder czyli zupa Piratów i nie tylko



Dostałam zadanie: przygotować przepis z selerem naciowym. Myślałam, myślałam, i ciągle w głowie migotał mi tylko chowder. I nawet nie dlatego, że oryginalnie w przepisie  z którego korzystałam był seler naciowy, ale dlatego że kiedyś dodałam go przy okazji czyszczenia lodówki i tak mi przypasował, że zagościł na stałe w przepisie.
Ale czym jest chowder? Jest to zupa anglosaska standardowo przygotowywana na bulionie z rybich łbów lub małży. Zupę tę jadali marynarze, żeglarze, rybacy i tak dalej. Gotowano ją z tego co udało się złowić.
Ja pokażę wam swoją wersję chowdera, na bulionie drobiowym (jeśli ktoś woli rybny, to śmiało, można podmienić). Przepis rozbudowałam bazując na mojej ukochanej biblii kuchennej: Jedno Smaczne Danie

Rodzai chowder jest kilka. Dwa najstarsze to New England i Rhode Island.
New England clam chowder - zagęszczany śmietaną z mąką, podawany z krakersami, zwanymi oyster crackers (które nie mają w sobie nic z ostryg czy małży, ich nazwa wzięła się od tego, że właśnie towarzyszą potrawom z ostryg).
Rhode Island clam chowder - wersja na czystym rosole z dodatkiem boczku. 
Manhattan clam chowder - wersja z dodatkiem pomidorów. Ten dodatek wnieśli Portugalczycy, którzy przywieźli do Ameryki swoją miłość do pomidorów. Rodowitym zjadaczom chowdera pomysł z pomidorami wydał się na tyle dziwaczny, ze wykrzyknęli: „to się mogło zdarzyć tylko w Nowym Jorku”. W 1980 r. ta wersja zupy nosiła nazwę New York chowder, bądź clam chowder z Targu Rybnego Fulton. 
Louisiana clam chowder - przyprawiony ostrą papryczką. 
Delaware clam chowder - zawiera smażoną, soloną wieprzowinę i masło.



Nasza wersja to coś pomiędzy New England, Rhode Island i Louisiana (jeśli kto lubi na ostro).
A skoro mówimy o zupie którą gotowano na statkach i wędrujemy w okolice Ameryki, to nie wiem jak wam, ale mnie kojarzy się jedna postać popkultury - Jack Sparrow. Myślę, że taką zupą zajadali się Piraci także na Karaibach (no bo coś musieli jeść prawda?) Więc zapraszam na


CHOWDER CZYLI ZUPA PIRATÓW I NIE TYLKO




Składniki:
- 450 ml bulionu drobiowego (jeśli kto woli - rybnego)
- 450 ml mleka
- 150 ml słodkiej śmietanki 12%
- ok. 250 g krewetek (jakich chcecie, ja użyłam koktajlowych, bo akurat znalazłam takie większe niż 1cm. ale lubię też Vannamei)
- 100 g łososia pokrojonego w kostkę
-  małże (ja użyłam Wenus - 30 g w zalewie, sprzedawane w Lidlu podczas tygodnia włoskiego. Równie dobrze możecie kupić jakiekolwiek lubicie, w zalewie) 
 - 2 łyżki oliwy z oliwek
- 2 łyżki masła klarowanego
- 1 duża cebula drobno pokrojona
- 2 papryki czerwone pokrojone w kostkę
- 6-8 łodyg selera naciowego pokrojonego w 0,5-1 cm kawałki
- 340 g ziemniaków pokrojonych w kostkę
- 340 g mrożonych ziaren kukurydzy (możecie użyć też z puszki)
- 1 liść laurowy
- 1 łyżeczka suszonego majeranku
- ½ łyżeczki świeżo startej gałki muszkatołowej
- pieprz czarny
- ostra papryka / Sriracha / Tabasco / chilli

(tak naprawdę zazwyczaj robię z samymi krewetkami, więc jeśli chcesz możesz olać w góry na dół jakiś składnik ;) )

W dużym garnku podgrzej oliwę i usmaż na niej cebulę do miękkości. Dodaj paprykę, ziemniaki, kukurydzę, liść laurowy, majeranek, i gałkę muszkatołową. Wlej wywar i zagotuj. Zmniejsz ogień i zostaw pod przykryciem na około 15 minut, aż ziemniaki zmiękną.

W tym czasie na patelni rozgrzej łyżkę masła. Łososia oprósz solą i smaż do zarumienienia. Ja mam patent na łososia taki, że wyjmuję go z zamrażarki na ok 10-15 minut przed przygotowaniem. Zdąży się wtedy lekko rozmrozić i takiego właśnie kroję sobie w idealną kosteczkę. Polecam. A na patelni szybciutko się rozmrozi do reszty. Łosoś wcześniej podsmażony na maśle będzie wspaniale chrupki przy czym cała zupa nie przesiąknie jego smakiem, jak byłoby w przypadku wrzucenia surowej ryby do wywaru i pozostawienie go by tam się ugotował.



Przemyj szybko patelnię, wylewając resztkę masła ze smażenia ryby. Rozgrzej kolejną łyżkę masła i wrzuć zamrożone krewetki. Glazura rozpuści się, zmiesza z masłem i w rzeczywistości krewetki gotują się w maśle a nie na nim smażą (powiedziałam, żeby użyć niewielkiej patelni? Nie? No to już wiesz). 



Do zupy dodaj mleko i przypraw pieprzem. Zagotuj, dodaj łososia, krewetki, i przepłukane z zalewy małże. Wyjmij liść laurowy, dodaj śmietankę i gotuj całość jeszcze przez ok. 5 minut mieszając. Na koniec dodawaj po trochu taka ostrą przyprawę jaką lubisz uważając, coby nie przesadzić. Ja należę do fanów Srirachy i walnęłam jej dosyć sporo. Lubię moją kuchnię ostrą i gorącą ;)





sobota, 30 stycznia 2016

Ciasteczka Solinari i Lunitari



Przepis na ciasteczka Czarnego Księżyca był pierwszym na tym blogu. Już kiedyś zdarzyło mi się zrobić Białe, ale znikły tak szybko, że nie zdążyłam ich sfotografować. jako że zbliżała się nam sesja DnD (która przekształciła się w wyniku zbiegów okoliczności (na pewno przez kogoś zaplanowanych) w sesje Warhammera), postanowiłam zrobić wszystkie trzy rodzaje ciastek. Nigdy więcej. Moja kuchnia długo nie mogła dojść do siebie po 2 dniach pieczenia. Mój Nerd, który musiał ją sprzątać również. 
Także nie ma co tu długo gadać. Bierzta się za pieczenie (ale po jednych na raz polecam).

P.S. Eksperymentalnie zdjęcia robione telefonem, a przy okazji trochę zabawy z fotophotoshopem  i Akcjami.

Przepis pochodzi z Leaves From the Inn of the Last Home.


Ta tradycja bez wątpienia wywodzi się z dni, kiedy czarodzieje oddawali część księżycom, z których czerpali swoją moc. Noc Oka ma miejsce kiedy wszystkie trzy księżyce równają się ze sobą tworząc na niebie obraz wielkiego oka .
Według starożytnej legendy , w tą właśnie noc czarodzieje chodzili od drzwi do drzwi oferując drobne  usługi magiczne bez zapłaty. W zamian otrzymywali jedzenie i drobne podarunki. Kiedy przed Kataklizmem reputacja czarodziei się pogorszyła, ten zwyczaj zanikł.
W tych dniach to dzieci chodzą od drzwi do drzwi udając czarodziei i wykonując rożne sztuczki. W zamian otrzymują takie ciastka.


Ciasteczka Solinari (Biały Księżyc)
ok 36 sztuk

- 2 i 1/4 szklanki mąki
- 1 kostka masła
- 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
- 1/2 szklanki cukru



Przesiej mąkę z proszkiem do pieczenia. Utrzyj masło z cukrem. Powoli dodawaj mąkę z proszkiem do pieczenia, cały czas mieszając (najlepiej użyj miksera) do gładkości. W wyjątkowo ciepłe dni możesz potrzebować więcej mąki  by ciasto miało właściwą strukturę.
Rozwałkuj ciasto na  1 cm grubości. Wykrajaj krążki ok 5 cm średnicy. 
Ciastka ułóż na blaszce w odległości około 4 cm od siebie. 
Wierzch ciastek ponacinaj nożem we wzór kratki. uważaj, żeby nie przeciąć całkowicie ciasta.
Piekarnik rozgrzej do 160 stopni. Ciasteczka piecz ok 15-18 minut aż delikatnie zbrązowieją na brzegach. Ciasteczka powinny pozostać białe na środku. Wystudź na kratce.



Ciasteczka Lunitari (Czerwony Księżyc)
ok 36 sztuk

Ciasto:
- 3 szklanki mąki
- 1 szklanka cukru
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- 1 łyżeczka soli
-  1/4 szklanki zarodków pszennych 
- 3/4 kostki masła lub margaryny
- 2 jajka
- 3/4 szklanki maślanki albo zsiadłego mleka
- 1 łyżeczka wanilii
- 1 łyżeczka startej skorki z pomarańczy (opcionalnie)

Wierzch:
2 łyżeczki cukru zmieszanego z pół łyżeczki cynamonu
2 łyżeczki mleka



Wszystkie mokre składniki ciasta wymieszaj razem. Dodaj posiekaj z mąką. Dodaj skórkę z pomarańczy (opcjonalnie). Dodaj jajka i maślankę i zagnieć aż ciasto będzie miękkie i klejące. Umieść ciasto na blacie porządnie obsypanym mąka i zagniataj delikatnie do czasu aż ciasto będzie nadawało się do rozwałkowania.
Rozwałkuj ciasto na ok 1,5 cm grubości i wycinaj pięciocentymetrowe krążki. Umieszczaj je na natłuszczonej blaszce w odległościach ok 4 cm.  Na wierzch każdego ciastka nałóż pędzelkiem mleko z cukrem i cynamonem. 
piekarnik nagrzej do 200 stopni i piecz ciastka ok 10 minut. Ciastka powinny być złocisto brązowe. Wystudź na kratce.  Najlepsze są  podane świeże, Jeszce ciepłe.




sobota, 9 stycznia 2016

Bluźniercze Spaghetti z Innsmouth


Może zacznę od tego, że od gówniarza nie cierpiałam szpinaku. Pewnie dlatego, że mi go wmuszano... tak jak kaszę mannę... brrrrrr.... W obecnej chwili doszłam do wniosku, że po prostu są takie rzeczy do których polubienia trzeba najzwyczajniej dorosnąć. Pomijając właśnie szpinak w tej grupie znajdą się oliwki i często kasze. Małż mój ku mojemu nieszczęściu nadal w pieluchach jeśli chodzi o temat oliwek :( no ale nie o tym. 
Zazwyczaj, kiedy pamiętam z odleglejszych czasów, że czegoś nie lubię, absolutnie nie zamawiam tego w restauracji, nie kupuję do domu, tylko wyczekuję momentu, aż pojawi się u kogoś na talerzu i będę mogła skorzystać z przyjacielskiego prawa pt. "Daj gryza". I tak trochę szpinaku tu, trochę tam, czasem mama coś upichciła bo jest fanką. I gdzieś tam wypracowałam sobie, że jeśli taki oto własnie szpinak połączony jest ze śmietaną, i dobrze doprawiony - to nie jest wcale tak źle. W końcu zdecydowałam się sama coś tam poeksperymentować. Na początku mój sos to była raczej śmietana ze szpinakiem. Teraz muszę powiedzieć, że chyba jednak zielony szlam przeważa. I było to moje sosiszcze smaczne nawet, do momentu, w którym koleżanka z pracy (pozdrowienia dla Pauliny) nie przedstawiła mi swojej wersji sosu szpinakowego. Boczek i mozzarella. Kiedy to usłyszałam, to ślinka pociekła i miałam ochotę walić drzwiczkami piekarnika w swój pusty łeb niczym Zgredek, że sama na to nie wpadłam. Ale tak to już chyba jest - jeśli jakiegoś produktu się obawiamy i trzymamy się już kurczowo tej na tyle wypracowanej wersji, że jest dla nas zjadliwa. 
Tak więc przed państwem

BLUŹNIERCZE SPAGHETTI Z INNSMOUTH

małż nazywa to czasem Shoggothem
Początkowo ochrzciliśmy to danie Spaghetti z R'lyeh. I było to mniej więcej w tym samym punkcie na osi czasu, kiedy zdecydowałam się założyć bloga. Ba, miało to być pierwsze danie ukazane na jego łamach. No ale wyszło jak wyszło. A ostatnio zdecydowaliśmy się zmienić nazwę na Innsmouth, ponieważ to jednak mieścinka kojarząca się typowo z Deep One'ami. A owy sos wygląda właśnie jak kupa szlamu z niewiadomą zawartością mięsną, pochodząca z dna oceanu. Którą to zajadają się Deep One'y.


Składniki:
- Paczka szlamu z dnia oceanu (szpinak rozdrobniony mrożony)
- Kufel mleka Shub Niggurath (duże opakowanie kwaśnej śmietany do zup i sosów)
- Udziec dziewicy (boczek :D ile kto lubi, w Lidlu można kupić taki paczkowany pokrojony w kostkę, podwójne opakowanie. Jedno spokojnie starczy)
- ser z mleka Shub (kulka Mozzarelli)
- spaghetti (no co, każdy lubi makaron :P)
- spora cebula
- 2-3 ząbki czosnku
- sól i pieprz do smaku

Boczek pokrojony w kostkę smaż na patelni (bez tłuszczu! boczek jest wystarczająco tłusty!) aż ładnie się zarumieni i osiągnie taką chrupkość jaką lubisz. Wtedy dodaj cebulę pokrojoną w kosteczkę i podsmaż chwilę aż zmięknie. Następnie czosnek przeciśnięty przez praskę. Dodaj szpinak. Podgrzewaj na niedużym ogniu, żeby cebula się nie spaliła ale szpinak roztopił. Co jakiś czas odwracaj płat szpinaku jeśli masz taką zamrożoną taflę. Jeśli udało ci się dostać taki w kosteczkach to po prostu mieszaj aż wszytko się ładnie rozpuści.
Wlej śmietanę i wymieszaj wszystko aż kolor będzie jednolity. Podgrzewaj na średnim ogniu i gdy wszystko będzie już na pewno gorące, łapkami rwij mozzarellę i wrzucaj kawałki do sosu. Mieszaj aż mozzarella się rozpuści i będziesz miał bardzo efektowne ciągnące się szlamowate gluty.

Takie jak te:


Dopraw oczywiście solą i pieprzem wedle własnego uznania. Często u mnie bywa tak, że nawet tego nie robię, bo boczek słony, smaki wyraziste i nie ma po co doprawiać. :) 

No i wiadomo, ciapnij ten szlam na makaron. I szamaj.
Przy najbliższej okazji mam zamiar jeszcze poeksperymentować z dodatkiem białego wina... wtedy ewentualnie, jeśli przeczucia mnie nie mylą i danie będzie jeszcze bardziej bluźnierczo wspaniałe - edytuję notkę ;)



wtorek, 1 grudnia 2015

Butterbeer czyli Piwo Kremowe z Harrego Pottera

Moje pokolenie to to, wychowane na Harrym Potterze. Rośliśmy wraz z nim, jakoś tak wypadało, że gdy Harry miał 11 lat to i my (albo jakoś w okolicach) i tak z roku na rok dorastaliśmy wraz z bohaterem magicznego świata. Każdy z nas - Mugoli - łudził się, że mimo wieku, przyleci jeszcze sowa z tym jakże wyczekiwanym zaproszeniem... Myślę, że część z nas nadal ma takie marzenia... w końcu nigdy nie jest za późno na naukę prawda?

Jest w tej serii jedna rzecz do której zawsze się śliniłam. Piwo Kremowe oczywiście. W myślach zawsze porównywałam sobie jego smak do ginger beer nie wiem czemu. Teraz, kiedy już zdecydowałam się na takiego bloga naszedł odpowiedni czas, żeby samemu spróbować zrobić ten napój. Więc uroczyście przyrzekam, że knuję coś niedobrego! (wiecie ile w tym musi być kalorii???) 

Butterbeer czyli Piwo Kremowe



"PIWO KREMOWE - ang. butterbeer, czytaj: baterbiir, wprawiający w wesoły nastrój pienisty napój niewyskokowy, dozwolony poniżej lat osiemnastu. Z czego był wyrabiany - nie wiadomo." - "Harry Potter i Więzień Azkabanu" wydanie poprawione

"Ron: Człowiek nie może czuć aż tyle, bo by eksplodował.Hermiona: Ty to czujesz coś tylko po kremowym piwie
."







Na początek będzie nam potrzebny Butterscotch syrup. Jeśli znajdziecie gdzieś w sklepie - fajno. Jeśli natomiast wolimy robić go sami - oto przepis.

BUTTERSCOTCH SYRUP
Składniki:
- 4 łyżki masła
- 170 gr cukru brązowego (jeśli nie lubicie smaku palonego toffi możecie użyć cukru białego)
- 200 ml śmietanki 30%
- łyżeczka syropu waniliowego (albo jakiejś esencji czy pasty z laski wanilii)
- 1 łyżeczka soli (ja zapomniałam o niej :( )

W rondelku rozpuść masło, dodaj cukier oraz sól i gotuj około 5 minut do całkowitego rozpuszczenia cukru. Trochę to potrwa, na początku masa będzie buzować, będzie taka jakby ziarnista i możesz mieć wrażenie, że się przypala. Ale spokojnie, po jakimś czasie wszytko zamieni się w gęsta, klejącą ciecz. Dodaj wtedy śmietankę i  wanilię, zmniejsz ogień na malutki i wszytko dobrze mieszaj trzepaczką. Nie przejmuj się zostającymi na trzepaczce toffi z cukru. Po chwili się rozpuści i połączy ze śmietanką. Zwiększ ogień i gotuj chwilę aż całość trochę zgęstnieje. Kiedy syrop lekko ostygnie możesz przelać do słoiczka, buteleczki czy czego tam chcesz - odpornego na ciepło. Syrop będzie świetnym datkiem chociażby do lodów.



PIWO KREMOWE
Składniki na jeden duży kufel albo dwie mniejsze szklanki:
- łyżka masła
- 2 łyżeczki Butterscotch syrup
- puszka Cream Soda (dostępna w sklepach typu Kuchnie Świata)
- łyżeczka syropu waniliowego (pomijamy jeśli kupiłaś/eś Cream Sode Waniliową, albo jeżeli robisz piwo na zimno i używasz lodów waniliowych)
- bita śmietana na wierzch
- łyżeczka syropu do dekoracji śmietany
Wersja na CIEPŁO:
W garnuszku rozpuść syrop z masłem. Dodaj puszkę Sody. Chwile podgrzewaj.
Przelej do naczynia i udekoruj bitą śmietaną (ja nie słodziłam śmietany - słodzona wersja tylko dla totalnych łasuchów, które zniosą taki poziom słodkości na raz) i polej wierzch syropem. 
Super na zimowe wieczory!

Wersja na ZIMNO:
W pojemniku zblenduj razem gałkę lodów waniliowych, masło i syrop. Całość zalej Cream Sodą, miksuj chwile do połączenia składników. Na wierzch bita śmietana i syrop. 
W sam raz na letnią ochłodę.

U mnie wersja na ciepło. Nawet nie jestem w stanie opisać tego smaku. Jest kremowe, jest karmelowe, jest maślane, strasznie słodkie... no przepyszne po prostu!



Smacznego i zapraszam na FP :)